"Kościół w Polsce miał w historii wielu wybitnych biskupów. Biskup Wilhelm Pluta należy do najwybitniejszych. Mogę spokojnie powiedzieć, że niewielu takich pasterzy miała w naszych czasach Europa. Jego programy duszpasterskie, jego analizy i przemyślenia wybiegają w przyszłość, promieniują intuicją wiary i długo jeszcze będzie z nich się można uczyć duszpasterstwa nowoczesnego i skutecznego"

abp Józef Michalik, Gorzów Wlkp. 22 stycznia 2001 r.


Pic 1

Tam wszystko się zaczęło

Bez wątpienia na ludzkie życie wpływają dom rodzinny, szkoła i parafia. Gdzie żył, uczył i modlił się sługa Boży?

- Z domu rodzinnego wyniósł najwięcej, dlatego przez całe swe pasterskie życie wskazywał na rodzinę, jej rolę i funkcję w życiu narodu i Kościoła - mówił w 2001 roku abp Józef Michalik na gorzowskiej uroczystości poświęcenia pomnika i ogłoszeniu procesu beatyfikacyjnego bp. Wilhelma Pluty.

Katolicki dom

W Kochłowicach na Górnym Śląsku 9 stycznia 1910 roku w domu Piotra i Agnieszki Plutów na świat przyszedł Wilhelm. Był trzecim z dziewięciorga dzieci. Ojciec był sztygarem w kopalni. "Osobowość ojca bardzo mocno oddziaływała na młodego Wilhelma. Piotr Pluta był człowiekiem wielkiej prawości i pracowitości, cieszył się dużym poważaniem wśród górników", czytamy w albumie "Zatroskany Pasterz" opracowanym przez ks. Andrzeja Brenka. Młody Wilhelm był zafascynowany swoim ojcem. Chciał nawet podjąć naukę w Akademii Górniczej. Matka zajmowała się domem. Mimo wielu obowiązków codziennie uczestniczyła we Mszy św. i - podobnie jak ojciec - należała do grup apostolskich i modlitewnych przy parafii. "W każdą niedzielę wraz z dziećmi brała udział w popołudniowym nabożeństwie. Znajdowała też czas na lekturę książek o tematyce religijnej, prasy katolickiej i literatury polskiej" - pisze ks. Mariusz Kołodziej na stronie internetowej Archiwum Archidiecezjalnego w Szczecinie.

Idę do seminarium

Na życie religijne rodziny Plutów wpływ wywierali księża kochłowickiej parafii. Wśród nich był wieloletni społecznik i gorliwy duszpasterz ks. Ludwik Tunkel. "Zwracał on uwagę na potrzebę systematycznego wychowywania młodych do małżeństwa i życia rodzinnego oraz na stałą formację małżonków", pisze ks. Kołodziej. Z kolei ks. Franciszek Szulc fascynował miłością do kapłaństwa i oddziaływał na młodych przez kierownictwo duchowe. - Jako kleryk brat więcej przebywał na plebani u ks. Franciszka niż w domu - wspomina Bronisława Żak, mieszkająca dziś w Koszęcinie najmłodsza siostra bp. Pluty.

Gdy młody Wilhelm rozpoczynał edukację nie było w okolicy polskiej szkoły. W 1916 roku poszedł więc do niemieckiej szkoły ludowej w Turzokolonii. Potem było gimnazjum. "Te lata przypadły na bardzo trudny i burzliwy okres I wojny światowej, powstań śląskich, tworzenia struktur administracyjnych państwa polskiego oraz powołania do życia pierwszego polskiego gimnazjum w Katowicach im. Adama Mickiewicza", czytamy w albumie "Zatroskany Pasterz". Następnie Wilhelm Pluta wstąpił w 1929 roku do Wyższego Seminarium Duchownego dla diecezji śląskiej w Krakowie. - Pobożność brat wyniósł z domu, ale powołanie to jego wybór. Długo nie mówił nic rodzicom - wspomina Bronisława Żak. - Ojciec chciał, aby Wilhelm tak jak on pracował w kopalni. Brat nawet pojechał zgłosić się na Akademię Górniczą, ale jak wrócił, to zaraz powiedział mamie: "Mamo, nic z tego nie będzie. Idę do seminarium". Rodzice cieszyli się i nie mieli nic przeciw temu - dodaje siostra.

Autor: Krzysztof Król
Gość Zielonogórsko-Gorzowski nr 01/2010

Nasz dom
Bronisława Żak
najmłodsza siostra bp. Wilhelma Pluty
Nasi rodzice bardzo się kochali. Nigdy nie słyszałam w domu awantury. Mama rządziła w domu, a tata ciężko pracował. Byli bardzo religijni i od dziecka byliśmy wychowywani w duchu wiary. Do kościoła mieliśmy pół godziny drogi, ale mama codziennie, czy zima czy lato, szła na godzinę 6.30 na Mszę św. Pamiętam z opowiadań starszego rodzeństwa, że zimą tata chował mamie buty, żeby nie szła w takie mrozy. Ale i tak zawsze znalazła. Z rodzicami nie tylko uczestniczyliśmy w niedzielnej Mszy św., ale i w nabożeństwach. Tradycją było, że tata zabierał nas na odpusty do Świętochłowic w uroczystość śś. Piotra i Pawła, do Hajduk we Wniebowzięcie NMP, do Zgody na św. Józefa i do Wirka na św. Wawrzyńca.A z mamą jeździliśmy na pielgrzymkę do sanktuarium maryjnego w Piekarach Śląskich. Do naszego domu często pukali biedni i bezrobotni. Wiedzieli, że zawsze dostaną coś do jedzenia. Brat to wszystko widział i sam taki był. Mama zmarła jeszcze przed wojną, a tata zaraz po. Gdy miałam 17 lat zamieszkałam u brata na plebanii w Wirku, gdzie był proboszczem. Na probostwie było bardzo ubogo. Zawsze mówił: "Popatrz na tych, co mają gorzej od nas". Pamiętam, jak kiedyś zapytał mnie, ile kosztuje bochenek chleba. Odliczył potrzebną sumę i powiedział, żebym kupiła piętnaście. Wieczorem zabraliśmy chleb i poszliśmy do ubogiej dzielnicy. On tam wszystkich znał. Kiedy szliśmy ulicą mówił: "Zapukaj tu i daj im chleb, bo tu ojciec nie wrócił z wojny, tam jest duża rodzina, a tam ktoś choruje na gruźlicę". Oczywiście, to nie było jednorazowe wydarzenie.